Staruszka...
Karol May
Przez dziki Kurdystan
Opowieść podróżnicza
Wszystkie trzy pozdrowiły nas skromnie i postawiły przed nami poczęstunek. Potem dziewczynki oddaliły się, kobieta jednak pozostała i patrzyła na nas z zakłopotaniem.
— Czy życzysz sobie czegoś od nas? — zagadnąłem ją.
— Tak, chodih — odrzekła. — Chciałabym wiedzieć, który z was jest przybyszem z zachodnich krajów.
— To pewnie o mnie chodzi — odpowiedziałem.
— Czy to ty uzdrowiłeś w Amadije dziewczynę, która się zatruła?
Przytaknąłem, ona zaś rzekła na to:
— Panie, matka mojego męża pragnie gorąco cię ujrzeć i porozmawiać z tobą.
— Gdzie ona jest? Pójdę do niej.
— O nie, chodih. Jesteś efendi, a my jesteśmy tylko kobietami. Pozwól; że ona przyjdzie do ciebie!
— Niech tak będzie.
— Ale, chodih, matka jest stara i słaba i nie może długo stać!
— Więc usiądzie.
— Wiesz, że kobietom w naszym kraju nie wolno siadać w obecności tak dostojnych panów?
— Wiem, ale mimo to pozwolę jej spocząć.
Kobieta odeszła. Po jakimś czasie wróciła, prowadząc pod rękę pochyloną wiekiem staruszkę. Twarz jej poznaczona była głębokimi bruzdami, ale oczy patrzyły wciąż z młodzieńczą bystrością.
— Bądźcie błogosławieni, którzy weszliście do domu mego syna! — pozdrowiła nas. — Czy jest wśród was efendi, którego szukam?
— To ja. Podejdź i zechciej usiąść!
Gdy wskazałem jej matę koło mnie, staruszka podniosła rękę obronnym gestem.
— Nie, chodih, nie przystoi mi siadać tak blisko ciebie. Pozwól, że siądę w kącie!
— Na to nie pozwolę — odparłem. — Jestem synem narodu, który żywi szacunek dla kobiet i matek. Jesteś wszak chrześcijanką. Czy nasza religia nie mówi, że wszyscy jesteśmy równi w obliczu Boga, biedacy tek jak i bogacze, pierwsi tak samo jak ostatni. Ja też jestem chrześcijaninem Jestem twoim bratem, a ty moją siostrą. Ponadto jesteś ode mnie starsza. Toteż należy ci się miejsce po mojej prawej ręce. Zechciej tu usiąść!
— Jeżeli tak rozkażesz.
— Rozkazuję!
— Więc jestem ci posłuszna, panie.
Pozwoliła się podprowadzić i siadła przy mnie. Potem synowa jej wyszła z pokoju. Staruszka dłuższą chwilę patrzyła mi wnikliwie w oczy. Wreszcie przemówiła:
— Chodih, jesteś naprawdę taki, jak mi cię opisano. Czy znasz ludzi, przy których wejściu zdaje się, że zapadł mrok?
— Widziałem wielu takich.
— Czy znasz też ludzi, którzy wnoszą ze sobą blask słońca? Dokądkolwiek się obrócą, wszędzie robi się jasno i ciepło. Bóg zesłał im największą łaskę: życzliwe serce i pogodne oblicze.
— Znam i takich. Ale jest ich niewielu na świecie.
— Masz rację. Ty sam do nich należysz.
— Chcesz mi pochlebić.
— Nie, efendi, jestem starą kobietą, która nikomu nie pochlebia. Słyszałam, że jesteś wielkim wojownikiem. Ale myślę, że największe zwycięstwa odnosisz przez to, jaki jesteś. Każdy, kto cię zobaczy, musi cię pokochać.
— Och, mam wielu wrogów!
— To źli ludzie. Nie widziałam cię do tej pory, ale dużo o tobie myślałam i moje serce należało do ciebie, zanim jeszcze ujrzały cię moje oczy.
